Nadopiekuńczość stała się prawdziwym problemem na skalę ogólno-światową. Dzieci mają coraz mniej wolności, swobody i możliwości samodzielnego odkrywania tego kim są. Jakie będą tego konsekwencje? Z jakimi problemami będą się borykać ci młodzi ludzie, kiedy dorosną? Co zrobić by nie być rodzicem helikopterem i nie krzywdzić swojego dziecka?
Kim są rodzice helikoptery?
Rodzice helikoptery - sam termin przybył do nas z USA, gdzie jest bardzo popularnym określeniem rodzica nadopiekuńczego. Rodzice helikoptery to osoby nie tylko obecne w życiu swoich dzieci na 120% fizycznie ale również osoby podejmujące za dzieci decyzje dotyczące ich (dzieci) życia, wyręczające je w codziennych sprawach, rozwiązujące konflikty za swoje dzieci, nie dające im swobody i wytchnienia. Ci rodzice w skrajnych przypadkach na pytania zadawane dzieciom odpowiadają za nie, są męczący nie tylko dla swoich pociech, ale również dla otoczenia np. środowiska szkolnego/przedszkolnego.
Klasyczne nie biegnij bo się spocisz to tylko wierzchołek góry lodowej, pod którą znajduje się o wiele więcej. Typowe działania rodziców helikopterów to m.in.:
- organizowanie czasu swoich dzieci, sprowadzając się do roli asystenta/logistyka/kierowcy. Rodzice helikoptery starają się zapewnić dzieciom maksymalnie dużo zajęć dodatkowych, nadzorują zabawę (o ile dziecko na to szczęście i dostanie czas na zabawę) dzieci ingerując w nią i stymulując jej przebieg, nie pozostawiając krzty wolności ani przestrzeni na kreatywność i samodzielność.
- rozwiązują problemy swoich dzieci np. dziecko zapomniało wziąć strój od W-F'u to go przywiozą. Ma złą ocenę - lecą do nauczyciela wyjaśniać. Potrafią również odrabiać zajęcia za dzieci, ingerować w konflikty między dziećmi, nawet już na etapie przedszkola, ratować w sytuacjach nieprzygotowania dziecka do lekcji. Rodzice tacy nie dają dziecku po pierwsze możliwości zmierzenia się ze swoim zapominalstwem, niefrasobliwością itp i poniesienia tego konsekwencji, co na dłuższą metę będzie o wiele korzystniejsze dla dziecka niż przygotowanie na tej jednej lekcji. Po drugie nie dają dzieciom możliwości zastanowienia się nad rozwiązaniem problemu.
- chronią swoje dzieci przed trudnymi emocjami. Dzieci, które nie maja możliwości na etapie rozwoju zmierzyć się z trudnymi emocjami, będą miały ogromny problem w życiu już będąc dorosłymi. Dzieci muszą potrafić zmierzyć się z trudnymi emocjami oraz powinny umieć je rozładować. Smutek, rozczarowanie, gniew, rozpacz... to tylko część elementów tej emocjonalnej układanki. Nie każdy musi lubić Twoje dziecko. Jeśli w szkole/przedszkolu są osoby które nie chcą się bawić z Twoim dzieckiem. Trudno. W życiu czasem tak bywa. (nadmienię, że nie mówię tu o skrajnych sytuacjach z wykluczeniem na czele). Jeśli dziecku zdechło zwierzątko domowe. Trudno. Takie jest życie. Nie kupujmy mu potajemnie drugiego. Dziecko musi mieć kontakt z życiem w formie niezakłamanej.
- uważają, że wiedzą lepiej kim jest ich dziecko. Rodzice helikoptery dają sobie prawo do decydowania o życiu dziecka począwszy od jego urodzenia, wyboru przedszkola, zabawek, przyjaciół do wyboru zawodu, który ma wykonywać lub jego partnera życiowego. Rodzice helikoptery często przerzucają swoje ambicje spełnione lub nie na dziecko. Chcą decydować o tym jakie ono będzie, kim będzie, co będzie lubiło, jak wyglądało itp. Brakuje im zdolności akceptacji tego kim chce być ich dziecko. Nie wsłuchują się w faktyczne potrzeby, przeżycia oraz marzenia dziecka, bo uważają że wiedzą lepiej...
- robią wszystko za swoje dzieci. Począwszy od obowiązków domowych, których tacy "szczęśliwcy" nie uświadczą a skończywszy za zawożeniu ich wszędzie, odrabianiu za nich zajęć domowych, przynoszeniu obiadu pod noc i nalewaniu wody do szklanki, co tak naprawdę już 4-5 letnie dziecko może wykonać samo. Takie dzieci nie dość, że nie mają szansy nauczyć się samodzielności to jeszcze od początku życia dostają przekaz, że wszystko kręci się wokół nich.
Do czego prowadzi helikopterowe rodzicielstwo?
Pewnie nie celowo, pewnie bez złych intencji, pewnie nawet z miłości i chęci "zrobienia dobrze" rodzice helikoptery wychowują dzieci nieporadne życiowo, niezdecydowane, nie przystosowane do życia w prawdziwym nie zawsze różowym świecie. Będąc nadopiekuńczym i kontrolującym rodzicem bardzo krzywdzimy nasze dzieci a zjawisko to niestety przyjmuje już skalę globalną... Do czego między innymi prowadzi bycie rodzicem helikopterem?
- lękliwość. Dzieci, które na każdym kroku słyszą ostrzeżenia w stylu: nie rusz tego, nie idź sam, to może być niebezpieczne, itp prowadzą do stworzenia dzieciom bardzo zniekształconego obrazu świata. Świata niebezpiecznego. Dołóżmy do tego to, że dzieci te nie mierzyły się z samodzielnym rozwiązywaniem problemów, bo przecież rodzice je rozwiązywali za dzieci i mamy receptę na człowieka pełnego niepewności i lęku w dorosłym życiu.
- zależność. Dzieci, które nigdy nie musiały kiwnąć palcem, bo wszystko przychodziło do nich z zewnątrz. Nie musiały, ba! nawet nie mogły podejmować samodzielnie absolutnie żadnej decyzji w dorosłym życiu stają się ludźmi zależnymi. Mają problemy z podejmowaniem decyzji, rozwiązywaniem problemów, często bazują na zdaniu innych i oczekują, że zostaną obsłużone. Ma to ogromne zgubne znaczenie dla poczucia własnej wartości. Kiedy przez całe życie człowiek dostaje komunikat, że ktoś w tym przypadku rodzic zrobi to lepiej zaczyna czuć się bezużyteczny, nie wartościowy. Takiej osobie będzie szalenie trudno trwać bez kogoś u swojego boku.
- brak umiejętności radzenia sobie z trudnymi emocjami. Ludzie ci kiedy dorosną i siłą rzeczy (bo taki jest świat. takie jest życie) będą musieli się zmierzyć z odrzuceniem, strata pracy, zerwaniem przez chłopaka/dziewczynę czy po prostu nieprzyjemnym potraktowaniem przez Panią w sklepie nie będą potrafiły przepracować tych uczuć samodzielnie. Dlatego styczność z wszelakimi emocjami od maleńkości jest szalenie ważna, ponieważ wówczas uczymy się samoregulacji, która służy nam przez całe życie.
- brak umiejętności krytycznego myślenia oraz umiejętności życiowych. Takie osoby, którym mówiono, co mają robić, kiedy mają robić, jak mają robić, rozwiązywano za nie problemy nie potrafią myśleć krytycznie. Zepsuł się samochód? - telefon do mamy. Wyłączyli prąd? - telefon do mamy. Kurier nie wniósł do mieszkania ciężkiej paczki tylko postawił pod blokiem? - telefon do mamy.
- brak wytrwałości. Nie są przyzwyczajeni do pokonywania przeszkód, w związku z czym jeśli jeden sposób zawiedzie nie podejmują kolejnych prób. Nie potrafią ewaluować działań i szukać nowych, lepszych rozwiązań prowadzących do oczekiwanego celu.
- częściej mają zaburzenia depresyjne. Warunki życia dzieci rodziców helikopterów często porównuje się do tych w których żyją więźniowie. Mają problem ze swoją tożsamością, w dorosłym życiu nie wiedzą kim są, nie mają swojej tożsamości, ponieważ zostali ukształtowani wg potrzeby rodzica helikoptera. Wykazują skłonność do depresji, uzależnień od leków/narkotyków czy alkoholu.
Czy tego chcemy dla naszych dzieci? Nie sądzę. Co zatem możemy robić, żeby być wystarczająco dobrym rodzicem i wychować samodzielnego dorosłego człowieka.
Jak nie być rodzicem helikopterem i dać szanse dziecku na zdrowe dzieciństwo?
To tylko kilka ogólnych rad, które mogą Wam pomóc w wychowaniu niehelikopterowym. Myślę, że w zależności od tego jakie jest Wasze dziecko, w jakim jest wieku i jak bardzo jest samodzielne sami zdecydujecie na które z nich jesteście gotowi a może dodacie wręcz coś od siebie?
- niezaplanowany czas i zabawa. Dziecko potrzebuje czasu wolnego. Nuda jest matką kreatywności a zabawa to pierwsze ważne zadanie rozwojowe dzieci. Optymalnie by było gdyby dzieciaki mogły się bawić wspólnie na dworze. Jednak nawet w Polsce jest to trudne. Dzieci podobnie jak w USA są przeładowane zajęciami dodatkowymi a ich rodzice nie widzą wartości w zabawie na dworze. Dorzućmy do tego zdobycze ostatnich lat takie jak smartfony i mamy receptę na puste od dzieci podwórka i ulice. Ale! Ale zmiana jest w nas! To my kreujemy te rzeczywistość. Zabierzmy dzieciom telefony, dajmy im szanse na chociaż dwa wolne popołudnia w tygodniu i zachęćmy do zabawy samodzielnej, bez nadzoru rodziców po za domem. Rozmawiajmy o tym z sąsiadami, znajomymi i próbujmy tę zmianę rozsiać po okolicy. Wówczas nasze dzieci będą miały się z kim bawić. O niczym innym nie marzę bardziej jak o ulicach i podwórkach znów pełnych dzieciaków bawiących się samopas (oczywiście adekwatnie do wieku).
- wolna od rodziców szkoła. Szkoła od zarania dziejów była miejscem dla dzieci i nauczycieli. Dlaczego więc rodzice zabierają ostatni skrawek przestrzeni, która z założenia powinna być wolna od rodziców? W czasach mojego dzieciństwa (wiem, wiem te czasy już nie wrócą powiecie) rodzice nie znali wszystkich rodziców pozostałych dzieci, nie wiedzieli jak się nazywają nauczyciele i jaki jest program nauczania a mimo to uważam że mamy całkiem sprawne umysłowo pokolenie. Dlaczego więc współcześni rodzice: rozwiązują konflikty za dzieci? przygotowują im materiały niezbędne do wykonania zajęć w szkole? wiedzą lepiej na jakie zajęcia chodzą koledzy swoich dzieci niż same dzieciaki. Czy to na pewno jest dobry kierunek? Szkoła jest pierwszy miejscem w życiu dzieci w którym uczą się one ponosić konsekwencje swoich działań, odpowiedzialności, pilnowania swoich spraw i budowania relacji z innymi ludźmi. Zostawmy więc tę przestrzeń dla nich.
- umiejętności życiowe. Bardzo ważna umiejętność a raczej zbiór umiejętności niezbędnych do samodzielnego funkcjonowania. Wśród nich możemy wyróżnić: przygotowywanie posiłków, robienie zakupów, pamiętanie o swoich sprawach, budzenie się do szkoły na czas, ubieranie się adekwatnie do pogody, sprzątanie po sobie, dbanie o higienę i wiele innych. Mój Syn w wieku lat 4 potrafił sobie zrobić samodzielnie kanapkę, włączając w to ukrojenie chleba (a gwoli ścisłości udydolenie chleba:)). Dzieci naprawdę potrafią zrobić wiele. Jednak musisz zrezygnować z potrzeby wykonywania tych czynności w sposób idealny. Zrezygnuj z perfekcjonizmy bo na etapie nauki samodzielności przez dzieci szybko go nie zobaczysz. Daj im popełniać błędy, stłuc szklankę przy zmywaniu, przesolić posiłek, ubrać się za lekko do chłodnej pogody czy zapomnieć zeszytu do szkoły. Nie ma osób nieomylnych szczególnie na etapie nauki. Ale żeby nabyć umiejętności życiowe dzieci muszą popełniać błędy i na nich się uczyć. Muszą mieć możliwość a raczej potrzebę zatroszczenia się o siebie, jeśli będziesz 9 letniemu dziecku nadal przynosić pod noc wodę nalana do szklanki ono nigdy nie będzie miało potrzeby zacząć obsługiwać się samo.
- myślenie! Właściwie to powinnam była myślenie ustawić na początku listy. To co wyróżnia człowieka od zwierząt to właśnie zdolność do myślenia. Nauczmy dzieci myśleć samodzielnie. Nie podawajmy im odpowiedzi i gotowych rozwiązań na dłoni. Rozmawiajmy z dziećmi na różne tematy nie tylko te związane z ich życiem, wprowadzajmy do rozmów tematy polityczne, o sytuacji na świecie, sztuce, etyce czy religii. Poszerzajmy światopogląd dopytując się jakie zdanie ma dziecko na dany temat i dlaczego?
- akceptuj i pozwól dziecku być sobą. Miałeś piękne plany, córka (lub syn) pójdzie na politechnikę i podbije świat w branży robotyki albo automatyki. Ale córka (lub syn) woli malować lub śpiewać. Technologia czy robotyka jej w ogóle nie interesuje. Daj jej (jemu) do tego prawo. Każdy człowiek jest inny. A tylko będąc sobą będziemy mogli odnaleźć szczęście i spokój wewnętrzny. Nie wywierajmy presji. Nie traktujmy przedmiotów w szkole hierarchicznie. Plastyka czy muzyka jest równie ważna jak matematyka czy chemia. Pozwólmy dzieciom być sobą i akceptujmy je takimi jakimi są.
- bądź nie tylko rodzicem, ale również człowiekiem. Człowiekiem, który ma swoje pasje, potrzeby, marzenia. Świat nie kręci się wokół Twojego dziecka. Większą wartość dasz dziecku pokazując mu siebie w czasie kiedy czerpiesz ogromną radość z realizowania swoich pasji np. podróży lub czytania lub malowania itp niż wchodząc w rolę służącego swojego dziecka. Dzieci potrzebują czasem usłyszeć odmowę m.in z powodu tego że dla rodzica = człowieka coś innego jest ważniejsze w tym danym momencie.
Przeczytaj też:
Stanisław Szelewa
Czytam to jakbym siebie czytał:) Tyle, że porównuję takie wychowanie do carlingu, gdzie dziecko jak kula płynie po lodzie a rodzice z miotełkami usuwają najmniejsze drobiny, by owa kula płynęła przez życie bez problemów. Niestety, tak jak w tej grze , w końcu kula uderza w inna kulę i ... koniec bajki w życiu. Psycholog, psychoanalityk, próby samobójcze wynikające z braku zrozumienia, że już miotełki nic nie moga zrobić ... pozdrawiam z życzeniami Radosnych Świąt Bożego Narodzenia - póki jeszcze nie jest to zabroniona prawem promocja religii..